środa, 24 lutego 2021

Walka Ursusa.

 

Ursus mocno zaciska palce na rogach byka, próbując go powstrzymać. Zwierzę siłuje się z nim, pchając cały czas do przodu. I nagle, w tym momencie, mężczyźnie przychodzi do głowy pomysł, żeby spróbować wykręcić mu kark. Może i będzie to brutalne zagranie z jego strony, ale być spokojny, czując siłę zwierzęcia. Zaczyna działać z desperacją, niekoniecznie zastanawiając się, czy być litościwym, bo wie, że jego przeciwnikowi nawet to nie przechodzi przez głowę.

On się nie zawaha nawet na sekundę, tak jak Ursus waha się teraz.

Ciągnie więc mocno w bok za twarde rogi, trzymając je z całej siły, bo jego skóra zaczyna się po nich ślizgać od pojawiającego się potu. I w chwili, w której zdaje się, że już dłużej nie wytrzyma - słyszy odgłos łamiącej się kości. Publiczność na moment wtedy cichnie, słychać tylko jego przyspieszone oddechy, kiedy zwierzę wypuszcza ostatnie swoje tchnienie i opada na ziemię.

Udało się.

Szybko wstaje i podchodzi do boku byka, chcąc uwolnić już prawie nieprzytomną Ligię. Już ma między palcami liny, którymi przywiązana jest ona do jego pleców, kiedy nagle słyszy krzyk.

2001 Plan filmu ” Quo Vadis ” w rezyserii Jerzego Kawalerowicza N/z Rafal Kubacki i Magdalena Mielcarz
Fot. Piotr Bujnowicz/FabrykaObrazu/FOTONOVA


-Uwaga! - mówi ktoś z góry. -Następuje decyzja cesarza! - Ursus marszczy brwi, jego oddech nadal jest nierówny.

Decyzja? Jaka decyzja?

Widzi, jak mężczyzna odziany w wyróżniający się strój, wstaje ze swojego miejsca i unosi wyprostowaną rękę. Jego kciuk wysuwa się i na początku niczego nie wskazuje, czekając na reakcje podwładnych. Jest jednak ona dość chaotyczna, bo zaczynają krzyczeć przeciwstawne zdania, ogłuszając się wzajemnie.

-Cisza! - krzyczy ta sama osoba, stojąca obok Nerona, który chwilę rozgląda się dookoła powoli, po czym kciuk cesarza opada w dół.

Ursus wytrzeszcza oczy, a ludzie dookoła zaczynają znowu się spierać - niektórzy się cieszą, inni mają ochotę poderżnąć tamtym gardła.

Nie może jednak na tym się skupiać. Przypomina sobie, że przecież obiecał Winicjuszowi uratowanie Ligii. I nie ma zamiaru nie dotrzymać tego słowa, dlatego kontynuuje rozplątywanie liny, słysząc różne obelgi w swoją stronę.

Szybko jednak zostają one przerwane i zastąpione przerażonymi wrzaskami, przez co ogląda się za siebie, i widzi, jak cesarz opada na ziemię. W jego plecy jest wbity nóż i stoi za nimi sam Winicjusz.

Ludzie zaczynają uciekać z miejsca tego zdarzenia, kiedy on daje sygnał Ursusowi i sam zaczyna się wycofywać. Dla mężczyzny zrozumiały jest gest, przez co zaczyna szybko rozrywać sznury i z nieprzytomną już dziewczyną na plecach ucieka z areny.

Niedaleko za budynkiem stoi koń, do którego obydwoje podchodzą. Ursus daje Ligię Winicjuszowi.

-Dalej, uciekaj! - krzyczy w jego stronę, pospieszając go. Marek jednak nie może ruszyć, nawet będąc już w siodle i trzymając przy piersi swoją ukochaną.

-A co ty zrobisz?! - pyta go, również próbując przekrzyczeć uciekających.

Koń stąpa nerwowo w miejscu, kiedy przebiegają obok nich przerażeni ludzie.

-Dam sobie radę - uśmiecha się słabo. I Winicjusz prawie kompletnie zaczyna mu przez to wierzyć, ale mimo wszystko zostaje przy nim obawa. - Jedź, ja zrobiłem co do mnie należało - odchodzi krok do tyłu. -Ucieknijcie stąd, ucieknijcie jak najdalej.

Marek widząc, że zaczynają się zbierać strażnicy cesarza dookoła nich, już daje sygnał koniowi, by ruszył, ale po kilku krokach znowu się zatrzymuje.

-Dziękuję! - krzyczy do Ursusa i po otrzymaniu skinienia głową w odpowiedzi, zaczyna galopować.

I po kilku sekundach spogląda za siebie przez ramię.

I zauważa, jak strażnicy dobijają już i tak wyczerpanego Ursusa.

Chce zawrócić, pomóc mu.

Ale jedzie tylko dalej, wiedząc, że sam nic nie zrobi, bo kiedy tylko tam się zjawi, to i go zabiją.

-Dziękuję...- szepcze, mając nadzieję, że jakimś cudem mężczyzna go usłyszy.

Jeśli jednak tak się nie stanie, to trudno.

Podziękuje mu osobiście w niebie.

Irmina Przybyszewska, kl. 8b


poniedziałek, 1 lutego 2021

Moje opowiadanie... J. S.

 Obudziłam się w szpitalu. Podniosłam głowę, aby zobaczyć moich rodziców rozmawiających z lekarzem. W końcu tata zwrócił swój wzrok w moim kierunku.

– Oliwia, skarbie, w końcu się obudziłaś! – mężczyzna podszedł, a raczej podbiegł do szpitalnego łóżka, na którym leżałam. Uśmiechnęłam się do niego ciepło, ojciec zawsze bardzo się martwił, nawet przy najmniejszych "wypadkach przy pracy". 

Po jakimś czasie przeniosłam wzrok na kobietę, która również stała przy mnie. Jak można się domyślić - była to moja matka. Miała ona szczupłą sylwetkę, rysy twarzy podobne do moich oraz włosy w kolorze ciemnego blondu, mówiąc w skrócie, była starszą wersją mnie.

– Gdzie jest Ironia? – po wypowiedzeniu tego zdania ujrzałam jak miny moich rodzicieli znacząco się zmieniają.

– Ona – zaczęła mama. – złamała nogę. Weterynarz mówi, że najlepsze dla niej będzie w tej chwili uśpienie, jeśli tego nie zrobimy już nigdy nie będzie funkcjonować normalnie. Będzie się męczyć. 

Wiem dobrze, iż przechodziło jej to przez gardło wyjątkowo ciężko. Ja też liczyłam na wieści typu "To będzie kilka miesięcy rehabilitacji i po sprawie", ale nie na coś takiego. W jednej chwili poczułam jak mój cały świat się wali. Do oczu napłynęły mi łzy. Wszystko sobie przypomniałam. Przypomniałam sobie jak klacz wyciągała galop. Przypomniałam sobie głos komentatora. Przypomniałam sobie ciężki oddech Ironii leżącej tuż obok mnie na piasku ogromniej hali.

– Czy ona jeszcze żyje? – zapytałam łamiącym się głosem, nie do końca rozumiejąc słowa rodzicielki. Przecież to niemożliwe żeby zarządził o czymś tak ważnym beze mnie? 

– Tak. Czekaliśmy na Twoją końcową decyzje.

– Zabierzcie mnie do niej. – starałam się zabrzmieć twardo. Czy zdawałam sobie sprawę jak okropny będzie to widok wypowiadając minione zdanie? Najprawdopodobniej tak.

Tata chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Pogadali chwilę z lekarzem, po czym zabraliśmy rzeczy i ruszyliśmy do samochodu. 

To miały być tak wspaniałe wakacje. Miałam pojechać do stajni mamy, żeby tam trenować w pięknych okolicach razem z moją najlepszą końską przyjaciółką, którą teraz miałam pożegnać. Jedyną sprawą, jaka psuła tą wizje był wyjazd taty na delegacje. Ale teraz? Teraz to wszystko straciło sens.

Po jakimś czasie przyjechaliśmy do gabinetu. Całą drogę spędziliśmy milcząc. Osłupiałym wzrokiem przejeżdżałam po krajobrazach, a następnie - po gabinecie.

– Jaka jest decyzja? – zapytała blond  włosa pani weterynarz.

– Musimy to zrobić... Ona nie będzie cierpiała z powodu moich egoistycznych zachcianek. – patrzyłam tempo w podłogę, a po moich policzkach spływały łzy.

Wszystko stało się za szybko, trzymałam łeb klaczy, przytulałam ją, zapewniałam, że wszystko będzie dobrze. Kłamałam. W pewnym momencie przestałam wyczuwać ciepły oddech na ręce. Zaniosłam się płaczem, nie mogłam normalnie wziąć oddechu. To był już koniec.

***

Po tygodniu od tego wydarzenia jechałam już do posiadłości mamy. Moi rodzice rozwiedli się kiedy miałam 10 lat. Właśnie wtedy rodzicielka przeniosła się do stajni, którą odziedziczyła po jakiejś dalekiej krewnej.


Przez czas jazdy mama tłumaczyła mi jak to u nich wygląda. Dowiedziałam się, między innymi, jakoby na terenie są dwie stajnie - sportowa i "naturalna". Tą drugą dzierżawi znajoma mamy. Mają odmienne poglądy co do jeździectwa, ale jakoś się dogadują.

Po przyjeździe zostałam najpierw oprowadzona po domu. Mój pokój był wyjątkowo podobny do tego, który znajdował się w moim stałym miejscu zamieszkania. Rozpakowałam najpotrzebniejsze ubrania i inne ważniejsze pierdoły. 

Do obiadu z pokoju nie wychodziłam prawie w ogóle. Nie widziałam takiej potrzeby. Dopiero kiedy zostałam wywołana do owej czynności skierowałam się do kuchni.

– Co powiesz na oprowadzenie po stajni? – zagadała mama.

– Raczej przydałoby się zapoznać z nowymi terenami. – zaśmiałam się cicho, a kobieta razem ze mną.

Dość szybko ukończyłam posiłek. Muszę przyznać - zżerała mnie ciekawość. 

Mama pokazała mi halę krytą, plac z ustawionymi przeszkodami (nasz plac), plac naturalsów, karuzelę oraz saunę. To był naprawdę ładny ośrodek z dobrymi warunkami.

– To teraz stajnia? – westchnęłam.

– Na to wygląda. – razem ruszyłyśmy do dużego budynku.

W boksach stały głównie dobrze wyglądające konie sportowe. Dosłownie tylko parę wyglądało przeciętnie. W końcu dotarłyśmy do stanowiska kasztanowatej klaczy trakeńskiej.

– To jest Red Velvet. – mama przedstawiła mi konia. – Na niej będziesz w najbliższym czasie jeździć.

– Wygląda na... – przerwało mi uderzenie w boks. Odwróciłam się w kierunku przyczyny dźwięku.

– Co to za koń? – zwróciłam uwagę na dziwnego wierzchowca, który zdecydowanie nie wpasowywał się w ogólny wizerunek stada.

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Każdy może się zmienić charakterystyka Ebenezera Scrooge’a J. W.

 Opis Ebenezera Scrooge’a 

 

 

      Scrooge to główny bohater opowiadania Charles Dickens pt. "Opowieść wigilijna". Ebenezer był bogatym starcem, miał około 70 lat. Mieszkał w Londynie. Bohater posiadał kantor, jego wspólnikiem był Marley, który niestety zmarł. Dla Scrooge najważniejsze były pieniądze i praca. Nie zwracał on uwagi na rodzinę i nie miał przyjaciół. Jego jedyną rodziną była siostra Fun i siostrzeniec Fred. Zawsze spędzał wieczory samotnie przesiadując w swoim kantorze i przeglądając księgi rachunkowe.  
       Na głowie Scrooge były siwe włosy i łysina, którą zazwyczaj przykrywał cylindrem. Posiadał ostre rysy twarz, wąskie usta i zimne spojrzenie. Starzec zazwyczaj nosił znoszone i zniszczone ubranie, które niegdyś były eleganckie. 
      Bohater był egoistą, myślał tylko o sobie i swoim majątku. Prawie zawsze chodził ponury i rzadko się uśmiechał. Był pesymistą. Oszczędzał nawet na drewnie w kominku, co doskonale świadczy o jego skąpości. Starzec był także złośliwy i arogancki. 

Ale po wizycie duchów Ebenezer bardzo się zmienił, zaczął doceniać ludzi, którzy go otaczają. Zdał sobie sprawę, że jeśli zginie to jego majątek już nie będzie miał większego znaczenia, a ludzie nie będą go dobrze wspominaliScrooge poszedł na Wigilię do Freda i składał świąteczne życzenia ludziom. Jednym z dobrych uczynków i dowodów na to, że bohater się zmienił jest kupienie przez niego indyka dla rodziny Boba i sfinansowanie leczenia jego syna. Starzec postanowił jeszcze podwyższyć pensję swoim pracownikom co pokazało, że jego podejście do pieniędzy też się zmieniło.  

Odtąd na twarzScrooga można było zobaczyć uśmiech, jego oczy były wesołe, a kroki sprężyste.  
      Moim zdaniem Scrooge to postać pozytywna. Jego osoba pokazuje, że ludzie mogą się zmienić, a cała jego historia, że to nie pieniądze są najważniejsze tylko ludzie, którzy nas otaczają. 

czwartek, 15 października 2020

Opowieść starych drzwi wejściowych do Szkoły Podstawowej nr 6

Opowieść starych drzwi wejściowych do Szkoły Podstawowej nr 6

            Pierwszego września 1939 roku byłyśmy gotowe na przyjęcie dzieci. Na boisku ustawiały się dzieci z pierwszej klasy. Barbara i Hermenegilda ubrane były w białe bluzeczki wyprasowane przez ich mamy. Był z nimi ich przyjaciel Henryk. Wszystko tak pięknie się zapowiadało!

            Trójka przyjaciół od dawna chciała się nauczyć pisać, czytać i liczyć. Wiemy to, bo od kilku miesięcy przychodzili i opowiadali, jak bardzo chcą się uczyć w szkole. Kilka minut po przyjściu dzieci na boisko ktoś energicznie nas otworzył. 

    Okazało się, że to dyrektor szkoły. Podbiegł do dzieci i powiedział im, że zajęcia w najbliższym czasie są odwołane z powodu wybuchu wojny. Słyszałyśmy to bardzo dobrze. Smutno nam się zrobiło, gdy  zapłakane dzieci. Basia, Hermina i Henryk przychodzili przed szkołę co kilka dni. Był to smutny widok, lecz jednocześnie cieszyłyśmy się, że przyjaciele nas odwiedzają. Przyszli uczniowie szkoły im. Świętego Michała, przychodzili nie zważając na pogodę, czy to padał śnieg, lał deszcz czy też grzało słońce. 

    Podczas wojny szkoła była zamknięta, a my z utęsknieniem obserwowałyśmy zabawy Basi, Herminy i Henryka. Wielki zegar wraz z dniem rozpoczęcia wojny przestał działać. Za każdym razem, gdy przyjaciele przychodzili na boisko, sprawdzali czy wskazówki zegara już się ruszają. Wierzyli bowiem, że gdy wskazówki zaczną się ruszać, czas wojny się zakończy.

    W końcu wojna minęła, a my cały czas pilnowałyśmy szkoły. Przez te długie lata zawiasy nam odpadały, strasznie skrzypiałyśmy, a Niemcy po nas pisali. Dzieci zawsze przychodziły i nas czyściły, naprawiały zawiasy i oliwiły, byśmy nie skrzypiały.

            Przez czas wojny fundamenty przyjaźni Basi, Herminy i Henryka stawały się coraz mocniejsze. Do dziś są przyjaciółmi choć mają już po 87 lat. My za to cieszymy się, że przez nasze przyjazne progi mogą nadal przechodzić  uczniowie. Zwłaszcza prawnuczka Barbary, która od poniedziałku do piątku wita nas radosnym "Dzień dobry!", a żegna ciepłym "Do zobaczenia!". Jesteśmy bardzo zadowolone, że nie wybuchają wojny, a my codziennie mamy okazję by witać dzieci!



Zosia Wróblewska


Dzień z życia małpy

  Dziś rano jak codziennie obudziły mnie krzyki moich dzikich braci, ich wrzaski słychać w  całej dżungli.  


Jak już wstanę, idę zjeść śniadanie, nie muszę się wysilać, ponieważ bananów jest tu pod dostatkiem. Zwykle chodzę do mojej siostry w odwiedziny i przy okazji pomagam jej przy dzieciach. Ma uroczą dwójkę, którą bardzo lubię. Jednak nie mogłam cały dzień siedzieć z nią i jej rodziną. Dlatego pożegnałam ich i poszłam do zakątka, który stworzyli nam ludzie. 


 Są tam na przykład hamaki, na których możemy się bujać, poidełko z wodą, dużo bananów, nawet taka jak to ludzie mówią huśtawka. Ludzie często tam przychodzą, czasem robią  nam zdjęcia albo mierzą długość ciała, to są chyba naukowcy. 


 A właśnie ta rasa bardzo mnie intryguje, zawsze mnie ciekawiła niby tacy inni, a jednak niektóre rzeczy robią tak samo jak my. Kiedyś weszłam jednemu takiemu na plecy, to się zdziwił, ale uśmiechał się. Nie mam nic do  ludzi, jednak ci co tu przychodzą, opowiadają nam często, że inni z ich gatunku najchętniej wycięliby tę dżunglę, a wtedy my z moją wielką małpią rodziną krzyczymy i niepokoimy się o nasz dom. A oni tylko patrzą po sobie i zapisują coś. Dziś chcę się przekonać co.  


Weszłam do zakątka a oni już tam byli. Znowu zaczęli opowiadać jakieś straszne historie, małpy zaczęły się denerwować, ale ja zakradłam się do człowieka, który właśnie coś zapisywał. Spojrzałam, a w jego notesie były zapisane różne notatki o naszym gatunku. Ale było tam coś, co mnie bardzo mnie zdenerwowało.  Było tam napisane ,,małpy rozumieją naszą mowę”.  


Przecież to oczywiste, że rozumiemy, a oni co sobie myśleli, że sami sobie wymyślili swój język? Oczywiście, że nie, to od nas wzięli pomysł na takie coś jak mowa. Wyrwałam mu notes wraz z długopisem, ale nie próbował mi go wziąć. Tylko patrzył. Napisałam tam coś oczywiście w małpim języku. Zostawiłam notatnik na kamieniu, po czym odbiegłam na hamak, z którego miałam idealny widok akurat na miejsce ludzkiego przesiadywania. Oglądałam z zaciekawieniem, co zrobi. A on uśmiechnął się, po czym zaczął klikać w pudełko, z którego wypadają odpowiedzi. Ludzie nazywają to komputerem. Nagle krzyknął do tego drugiego: „One nas rozumieją, zobacz” i pokazał mu to, co napisałam.  


Nagle zrobiło się bardzo późno, jednak w naszej dżungli słońce szybciej zachodzi, więc czmychnęłam na moje miejsce do spania i zasnęłam, zastanawiając się, co może kogoś cieszyć w zdaniu ,,Rozumiemy was głuptasy”.

Historie foliówek z jednej paczki

Historia torebki foliowej


    Pewnego dnia ludzie wytworzyli torebkę foliową. Dostała się ona do sklepu. Gdy kobieta kupująca owoce i warzywa zabrała ją aby włożyć do niej pęczki rzodkiewek, dostała się do jej domu.

    W raz z kobietą w domu mieszkała miła rodzinka. Rodzina składała się z mamy, taty i córeczki. Po przyjściu do mieszkania i umyciu rąk, mama zabrała się za wypakowywanie zakupów. Gdy nadeszła pora na rzodkiewki, pani Natalka wyjęła smakowite warzywa i odłożyła je do specjalnego koszyczka. Ale co się stało z naszą reklamówką foliową? A więc rodzinka do której ona trafiła była bardzo miła, towarzyska i przyjazna, ale, co bardzo przykre, nie segregowała śmieci. I dlatego torebka foliowa została na parapecie, gdzie przy okazji zostawiła ją pani Natalka. Rodzinka poszła na spacer zostawiając foliówkę cały czas w tym samym miejscu. Okno zostawili otwarte, a to bardzo dziwne, bo akurat wtedy wiało dosyć mocno. A przy tym oknie leżała właśnie torebka foliowa. 

    Po niedługim czasie wiatr ją porwał. Teraz szybowała po niebie tak jak ją unosił wiatr. Ptaki przyzwyczajone już były trochę do tego widoku, ponieważ jest tak dużo ludzi na całej ziemi, których los takich foliówek nic nie obchodzi. Ptaki nie były jednak zachwycone takimi widokami. Wiedziały, że miejsce reklamówek na pewno nie jest wysoko w powietrzu. Torebka fruwała, leciała, szybowała, unosiła się w powietrzu przez bardzo długi czas. Po kilku dniach a może nawet tygodniach zobaczyła ogromny zbiornik wody. Nie wiedziała czy to ocean czy morze. 

    Wiatr przestawał już wiać i torebka foliowa opadała na wodę. Teraz zamiast lecieć – płynęła. Było to uczucie nieznane jej dotąd. Minęło trochę czasu gdy zorientowała się że jest na środku wielkiego terenu morskiego. Zaobserwowała, że żyją tu zwierzęta. I to wiele gatunków. Pewnego razu zobaczyła zbliżającego się do niej żółwia morskiego . Nie była zbyt mądrą torebką foliową dlatego dokładnie nie wiedziała, co to jest i co może zrobić. Zwierzę podpłynęło, otworzyło otwór gębowy i połknęło torebkę foliową. Uznało ją za meduzę, które są pokarmem żółwi morskich. Zwierzę nie przetrwało za długo. Dusiło się reklamówką, dlatego umarło.

    Takie przypadki zdarzają się na co dzień. Ludzie, odpowiednio nie dbając o środowisko, mogą zabić zwierzęta lub doprowadzić do ich chorób. Dlatego zastanówmy się nad tym, co robimy. Bo zwierzęta też chciałyby żyć. Myślę, że zamiast stosowania plastikowych lub foliowych torebek można zabrać materiałowe. Przez nas na oceanach tworzą się wyspy ze śmieci. Dbajmy o środowisko, w którym sami żyjemy!Napisała Zofia Wróblewska kl. 5a 


Jestem plastikową, kolorową reklamówką, wyprodukowano mnie tak jak i moje koleżanki zakładzie „Warfol” Warszawie. Tam też zapakowano nas w duże, szare kartony i rozwieziono do różnych punktów sprzedaży. Ja i moja koleżanka trafiłyśmy do sklepu ,,Lidl’’ w Gnieźnie To duży, kolorowy market. Jakieś miłe panie położyły nas na półkach pod kasami wraz z innymi torbami. 

Leżałam tak sobie i oglądałam nogi klientów. Widziałam różne spodnie, spódnice i  buty oraz wiele koszyków z różnymi towarami. Po dwóch godzinach leżenia i obserwowania podniosła mnie i moją koleżankę jakaś młoda dziewczyna. Wepchnęła w nas dużo kolorowych towarów i podniosła za uszy. Byłam tak zapakowana, że prawe ucho lekko mi się naderwało. Zaniosła nas do swojego domu i zaczęła rozpakowywać. Nie była przy tym delikatna, bardzo nas szarpała i ciągnęła. Moją koleżankę przecięta w pół gdy wyciągała kartoniki z ryżem. 

Gdy byłyśmy już puste wcisnęła nas do kosza na śmieci, a wieczorem wyniosła do śmierdzącego kontenera. Leżałyśmy tam chwilę i nagle usłyszałyśmy okropne trzaski. Koleżanka krzyknęła, że to jacyś łobuzy demolują śmietnik. Faktycznie chłopacy krzyczeli i kopali w kontener, aż ten się przewrócił. Wszystkie śmieci z niego wypadły, my również. Koleżanka w ostatniej chwili chwyciła mnie za ucho i nagle zerwał się bardzo silny wiatr. Uniósł nas do góry, zawirował nami i porwał w nieznane. Leciałyśmy bardzo długo, aż wreszcie wiatr opadł z sił, a my upadłyśmy w dziwnym miejscu. Ludzie nazywali je plażą. Przeleżałyśmy tam kilka dni i nocy, było nawet przyjemnie i cicho. Niestety pewnego ranka pojawiła się grupa krzyczących i biegających dzieci, które wrzuciły nas do wody. 

Płynęłyśmy unoszone falami bardzo długo,  nagle nabrałyśmy wody i zaczęłyśmy opadać na dnoPływało tam wiele ryb, które chciały nas zjeść lecz my im uciekałyśmy. Wiedziałyśmy, że nie jesteśmy pokarmem i możemy im zaszkodzić. Gdy byłyśmy już całkowicie wyczerpane, opadłyśmy na kamieniste dno. W pewnej chwili do mojej koleżanki podpłynęła szara foka i połknęła ją bo pomyślała, że to jest jedzenie. Byłam przerażona, wiedziałam jak to się skończy. Jednak po chwili foka zaczęła się dławić i wypluła znajomą reklamówkę. Tak się ucieszyłam, przytuliłam wystraszoną koleżankę i ukryłyśmy się za dużym kamieniem. 

Nie wiem jak długo tam byłyśmy ale na szczęście po jakimś czasie wyłowiła nas grupa młodzieży. Okazało się, że to młodzi ludzie z organizacji, która czyści naszą planetę z zanieczyszczeń. Teraz trafiłyśmy do ogromnej fabryki, która zajmuje się recyklingiem śmieci. Najprawdopodobniej zostaniemy poddane recyklingowi i zostaną z nas wyprodukowane nawierzchnie chodnikowe. 

Tak się cieszę, wreszcie naprawdę do czegoś dobrego się przydamy. Może będę nawierzchnią w twoim mieście? Kto wie. Wolę być chodnikiem niż reklamówką, która zatruwa środowisko. A tobie radzę abyś na zakupy zabierał torby wielokrotnego użytku. 

S. F.


Poezja w 3 a

Klasa 3 a  tworzyła  poezję na temat jesieni.